O szczawnickim biegu Wielka Prehyba słów kilka… oczywiście z dzikiego punktu widzenia

medal-przechyba

22 kwietnia 2017 roku… godzina 9:00 – START biegu Wielka Prehyba.

Początek i koniec w Szczawnicy, obok karczmy U Polowacy…

Jest depozyt, jest namiot z ławeczkami i stolikami, są toi toi-e, ale… przebieralni brak (jeśli o mnie chodzi, to Dzik lubi ryć, więc „wryłam” się w kącik namiotu stołówkowego i sprytnie po biegu co nieco błotnego zrzuciłam i założyłam świeżynki czyste i pachnące…). Co jednak nie zmienia faktu, że namiotu, który nawet mógłby spełniać funkcję prowizorycznej przebieralni… brak.

Początek łagodny, miejski, asfaltowo-brukowy… krótki… nieco deszczowy…

Za zakrętem pierwszym i drugim… góra, ale to taka, że każdy Dzik by „zbaraniał”…

Pierwsze podejście, bo przecież niewielu zaczyna wytracać siły na podbiegu, długie, monotonne, śliskie, błotnisto-śniegowe… w górę… i w górę… i nadal w górę… do Dzwonkówki na około 1000m.

Następnie chwilowo w dół, nieco stabilniej, błoto dalej na dość wysokim poziomie, trochę śniegu i …. w górę. Ściana… (tak, tu miałam ścianę… na szczęście nie wysiłkową…). Znowu pod górę, ale zaczyna się to bajkowo-zimowa góra. Zima „pełną gębą”. Ośnieżone drogi, trasa, drzewa, spadający śnieg… Cudo. Do dzisiaj pamiętam ten widok i wspominam piękną kwietniową zimę… Poczułam się, jakbym przeżyła podróż w czasie:) Do stycznia np.

received_10155299741514525

Pierwszy „stop” – Schronisko na Przechybie.

Herbata, banany, drożdżówki (takie jak z dzieciństwa, z serowym oczkiem – rozmarzyłam się).

Pierwszy odczyt czasu, chwilka postoju, wiatr, który raczej nie zachęcał do pozostania na punkcie odżywczym, ale popychał do pobiegnięcia dalej… w las… wyżej… ku najwyższemu szczytowi trasy – Radziejowej. Tu kilka minut postoju… na fotki:)

received_10155299741529525

Małe rozczarowanie brakiem otwartej przestrzeni i brakiem widoków. Las, wokół wszędzie drzewa, ale to nic. Ta satysfakcja bycia na najwyższym wzniesieniu trasy przyćmiła tę całą resztę. Kilka uśmiechów, podskoków (bo siły to jeszcze były, w końcu to około 18/19 km)…

received_10155299783084525

A potem w dół… Długo i stromo w dół.

Ślisko, bardzo ślisko. Wydawało nam się wtedy, że to bardzo trudny zbieg, że gorzej być nie może, ale nie spodziewaliśmy się tego, co będzie dalej. Tu jeszcze był śnieg, były wystające kamienie, było ślisko, ale generalnie dość stabilnie. Bałam się „puścić”, co później poczułam w udach, ale… mam co teraz wspominać.

W dół i nadal w dół… aż do Bacówki na Obidzy… na pieczone ziemniaczki z solą, na zupę-krem warzywną, na owoce, herbatę… Kilka minut oddechu i w trasę… tę najtrudniejszą wg mnie, choć Dzik ryć musi, więc poczułam się jak „ryba w wodzie”… Dzik w błocie:)

Zaczęła się najtrudniejsza część,biały puch jakby gdzieś zniknął (nie ma co się dziwić, zima była na 1268m… a tutaj było już około 300m niżej). Śniegu w zasadzie nie było już wcale, było błoto. Wszechobecne błoto i woda i błoto, a potem błoto i po błocie znowu błoto…

Hmmmm… czy wspomniałam już, że na tej części trasy było dużo błota?

Dość płasko, a potem w dół.

Normalnie można byłoby tutaj nadgonić trochę czas, ale tym razem się nie dało.

Na początku starałam się nawet to błoto jakoś obejść, ale po pierwszym utopieniu buta w wodzie… nie miało już to żadnego znaczenia… Spacer po błocie, takie swoiste SPA dla stóp.

Na szczęście miałam wodoodporne skarpetki i muszę przyznać, ze dały radę:)

Na 27/28 km nieco w dół do 800 m i znowu w górę… kolejna „ściana”, która nie była już taka łatwa, bo i sil zdecydowanie było mniej. Ale pokonana… Zdobyta! Wdrapaliśmy się na 1000m, na Wysokie Skałki. Tutaj mniej więcej łączyły się trasy biegu Wielka Prehyba i Chyża Durbaszka.

To błoto wszędobylskie to Durbaszkowicze nanieśli i rozdeptali, żeby nam utrudnić bieg:)

Przestrzeń…

Błoto…

Pola…

Błoto…

Widoki…

Błoto…

Drobny grad…

Kolejny – ostatni punkt odżywczy.

Schronisko pod Durbaszką.

Banany, czekolada, herbata, Zozole;)

W drogę, w końcu to ostatnie kilometry… około 8.

W dół, delikatnie, ale nadal bardzo ślisko. Rozdeptane błoto jest gorsze od śniegu.

Oblepiony nim bieżnik buta trailowego niekoniecznie daje radę…

Nie przewróciłam się ani razu na błocie, choć było blisko…  Ćwiczenia stabilizacyjne na sali zebrały swój plon… (przy okazji polecam… bieganie, to nie wszystko):)

Jeszcze kilka podejść – wcale nie łatwych – do Szafranówki.

A z Szafranówki… w dóóóóóóóóóół, do Grajcarka…

Las, błoto, kamienie, wąwóz i… kostka brukowa…

Nie widziałam ani jednego biegacza, który na tej kostce by nie zwolnił, nie zatrzymał się, nie przeszedł czasem nawet do marszu (jak ja). To takie swoiste rozczarowanie, że finisz jest na płasko, na kostce, tak zupełnie bez górskiego klimatu.

Ale zostało kilkaset metrów.

Ja miałam takie szczęście, ze wbiegałam jako ostatnia z drużyny, więc w zasadzie, to większość Dzikiej Gromadki mnie witała na mecie:) (Fajnie czasami być na końcu:))

Radość! Radość! Radość!

Ogromna.

Zegarek pokazał mi 44 km, prawie 8h (7:46:..)

Tak, nie biegłam szybko, bo w wielu momentach nie dało się biec.

Może w innych warunkach zrobiłabym to szybciej, ale celem było dotarcie do mety a nie granie na czasie.

Mam medal.

imag0860

Mam satysfakcję.

Mam cudowne wspomnienia:)

Do Szczawnicy na Festiwal Biegów być może nie wrócę, ale nie dlatego że było niefajnie.

Było świetnie (przede wszystkim dlatego, że pojechaliśmy drużynowo, razem).

No… można się przyczepić do ubogości w pakietach startowych, ale … nie chodziło o gadżety:)

Choć jakiś buff fajny szczawnicki by się przydał;)

Poza tym – super zabawa.

Super emocje, niesamowita atmosfera.

Drużyna Dzika Naprzód Młociny rekomenduje biegi górskie.

received_1483130388425829

fb_img_1492878958532

Dodają wielokrotnie więcej endorfin i zarażają…

Polecam całym sercem … Moim i Dzika;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *