Naprzód Młociny on Tour, czyli jak „Gang Dzikich Wieprzy” zdobył Kielce ;-)


Jest niedziela, 4 czerwca 2017 roku, godzina 4:45, dzwoni upierdliwy budzik, a pod czaszką rodzi się pytanie – czy mnie przypadkiem nie pogięło??? Niedziela, wolny weekend…trzeba się wyspać!!! Cóż, najprawdopodobniej wyśpię się dopiero na emeryturze…czyli jeszcze na to trochę poczekam, tymczasem turlam wrotki do łazienki, szybkie „ochlapanie” fejsa i będąc już w 30% przytomny, jestem gotów wciągnąć mityczną bułkę z miodem, wypić herbatę, dać buziaka śpiącej MałejŻonce i w bojowym rynsztunku wyruszyć na miejsce spotkania. Tak tak, bo czeka mnie dzisiaj podróż do Kielc, na szczęście nie samotna, samemu to nuda, jadę z Ekipą #NaprzódMłociny!

5.20, przystanek ZTM, podjeżdża SUZI, a w niej już na 60% przytomne, ale na 100% uśmiechnięte twarze Lepkiego i Eleazara. No Pany lecim na Szczecin…ups, na Kielce oczywiście. I pojechali, puściutka, szybka trasa, gładki asfalt świeżo wylanej ekspresówki i na spokojnie po 135 minutach meldujemy się pod kieleckim MOSiR-em, gotowi by odebrać pakiety startowe na IV Kielecki Bieg Górski.

Na stadionie lekkoatletycznym spotykamy Monikę, uśmiech, przywitanie, piąteczka. Zgarniamy pakiety i wracamy na trawnik przy parkingu, by w cieniu rozłożystego drzewa „wrzucić coś na ruszcik”.

Przed nami niebagatelny do pokonania dystans, czyli 22,3 km po kieleckich górach i lasach. Pasmo Posłowickie i szczyty o wdzięcznych nazwach: Pierscienica, Biesak, Ostra, Kamienna Góra, Ekierka. Wszystko mniej więcej 350 m.n.p.m.

Wybiła 8:00, do startu jeszcze 90 minut, siedzimy, leżymy, gadamy, konsumujemy – ja frytki, Lepki hambuksa, Eleazar wiadomo, grillowane skrzydełka z kurczaka z sosem majonezowym 😉 z kolei Monia podeszła w pełni profesjonalnie – turbo żel i pełna gotowość.

Jest cudna pogoda, słońce powoli zaczyna się rozgrzewać, słupek rtęci nieubłaganie pnie się do góry. Szybko ustalamy taktykę – oczywiście lecimy jak zawsze z fasonem. Klubowa garderoba prezentuje się świetnie…fantastyczna czwórka można by rzec :), bo dzik na klacie to jest to. Z każdą chwilą pojawia się coraz więcej zawodników, przyglądają się nam, obserwują, widać, że coś kalkulują, robią poprawki wcześniejszych założeń a my swoje…czyli roześmiane gęby i luz w kroku ;).Kielecki Scyzio prowadzi rozgrzewkę….a my, 9:27, leniwie toczymy się pod bramę startową.

9:30 strzał startera, poooooszli…. i tu ostatni raz widziałem moich ludzi….Eleazar i Monika obstawili przód, ja środek, natomiast Lepki jak nasz ojciec najlepszy pilnował, żebyśmy trzymali tempo. Po 2 kilometrach względnie płaskiej trasy zaczęła się zabawa, ostro w górę, a potem dla odmiany szybko, ale bardzo dłuuuuugo w dół, mordercze podbiegi/podejścia, cudowne zbiegi…i tak przez całą trasę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak wykres EKG tuż przed zawałem serca. 95% trasy w cieniu, to było zbawienne przy temperaturze 27 stopni Celsjusza. Woda, cola, piwoooo, i lecimy dalej, kolejne kilometry, i znowu można się nawodnić… super sprawa 🙂 a potem dalej góra, dół, góra, dół… i z każdym krokiem coraz bliżej. 18, 19, 20 kilometr…to już blisko…humor dopisuje, noga podaje. Wybiegam z lasu, chyba ostatnie 400 metrów, widzę Monikę i Eleazara, krzyczą: „dajesz KonDzik dajesz, będziesz w pierwszej setce!!!” Skoro tak, to cisnę, mijam w pełnym gazie Dziki, uśmiecham się, pozdrawiam i ogień! Za chwilę wpadam już na stadion, dwóch gości przede mną – nie umkniecie – włączam moje słynne finiszowe turbo 😉 i nie pozostawiam złudzeń… tempo 2:45 na ostatnich metrach – mam wrażenie, że rywale stanęli w miejscu. Wpadam na metę, medal na szyję i prędko do wodopoju 🙂 Jeeeest! Dobiegłem! Z uśmiechem na ustach biorę wodę i lecę do Ekipy.

Stoimy we trójkę, czekamy na Lepkiego, w międzyczasie dopingujemy wszystkich biegaczy, którzy walczą z końcówką. Ludzie się uśmiechają, machają do nas, widać, że są wdzięczni za dobre słowa i fajny doping, a my nie odpuszczamy. Niektórzy się nie uśmiechają, bo mają już wszystkiego serdecznie dość, ale rozumiemy to. Wymyślamy różne śmieszne i motywacyjne hasła: „dawaj, dawaj, nie udawaj”, „jak pobiegniesz szybko, schudniesz nasza rybko”, „musisz ruszyć zadek miły, żeby dziki go nie zryły” ;). Do naszej grupki dołączają inni biegacze, jest też pani z dzieckiem na wózku i lekko wcięty działkowicz. Po chwili widzimy na ostatnim zbiegu limonkową koszulkę. Jest Lepki – dawaj Dziku, dawaj! Lecimy razem z nim w stronę mety na stadionie, gdzie trwa już piknik w najlepsze. Dzieci kąpią się pod kurtyna wodną, starsi opalają, a zmęczone czirliderki siedzą pod krytą trybuną, zajęte smartfonami. W komplecie ukończyliśmy zawody. Opaleni, zadowoleni, wyśmigani kieleckim wiaterkiem, a co najważniejsze, bohaterką dnia została Monia, bo zwyciężyła wśród kobiet i to we wspaniałym stylu – Monia pierwsza – Dzikuska nasza na najwyższym stopniu podium!!! Jest co świętować!

Ale dekoracja dopiero za godzinę. Lecimy do ośrodka SPA na szybki prysznic – cudownie (zimna wooooda zdrowia doda). Odświeżeni, w czystych skarpetkach i wykrochmalonych koszulkach idziemy na bankiet zorganizowany przez MOSiR. Daniem głównym są tradycyjne, polskie(czym chata bogata i te klimaty) bezglutenowe pierogi z kapustą i mięsem (chociaż bez kapusty, hehehe) dodatkowo suto polane roztopionym smalcem i okraszone skwarkami aż miło! No a potem dekoracja zwycięzców, którzy otrzymali piękne puchary i ogromniaste walizki.

 

 

 

 

 

Nic tylko podróżować po całym świecie z taką walizą!

No ale pora się zbierać do domu. Czeka nas jeszcze jeden kluczowy punkt programu – SUZI podwozi nas na kielecki deptak, gdzie w samym sercu miasta cykamy foto z kieleckim Dzikiem – to zaszczyt i obowiązek 🙂 tak to już jest ciągnie dzika do dzika!

Uśmiechnięci z rozwianą flaga klubową zbiegamy do auta z zamkowego wzgórza i ruszamy w drogę do domu. W radiu leci rokendrol, a droga mija gładko. Na Bielanach meldujemy się ok 16.15. Jest gitara! Kolejna fantastyczna przygoda za nami! Pora brać się za przygotowania do następnej…

Co do samych zawodów, kilka słów podsumowania i zachęty dla niezdecydowanych. Dlaczego warto? Przede wszystkim dlatego, że to kameralny bieg (ok 300 uczestników), że niskie wpisowe, że teren wymagający, ale bardzo piękny (nie ma monotonii), że trasa zacieniona (buki, świerki, sosny, dęby, jodły…), że pod górę wcale nie trzeba biec (można wchodzić i nikt nie powie: „ej, co to za chodzenie, to bieg a nie chód”), że aż 7 punków, gdzie każdy spragniony na trasie nie odejdzie z kwitkiem, że pozytywni ludzie wszędzie wokoło, że pierogi (choć nie wegańskie, dobrze wchodziły), że dostępny prysznic po biegu, że blisko, że był Bonku SKielc (kto zna ten wie) ;). Jednym słowem WARTO!
Już za rok V Kielecki Bieg Górski… kto już wpisał go w kalendarz startowy?

foto. #NaprzódMłociny, Dark Side Runners, oraz z zasobów organizatora

 

2 thoughts on “Naprzód Młociny on Tour, czyli jak „Gang Dzikich Wieprzy” zdobył Kielce ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *