III Festiwal Biegu Rzeźnika, czyli Dziki ryły w bieszczadzkim w błocie


Bieg Rzeźnika

Niedziela, 1.45. Środek nocy. Normalnie ludzie o tej porze śpią, imprezują, a my wsiadamy do autokarów wiozących Nas do Komańczy. Jak bardzo nienormalnym trzeba być, by wbić się w lajkry, kompresy i dumnie paradować z czołówką na głowie i myśleć: „Tak, to tu jest moje miejsce i tu dobrze się czuję”.

Wysiadamy. Jest ciemno, niebo płacze nad naszym losem, ale lekko, bo wypłakało się wieczorem i to porządnie.

3.00. rano. Wiewiórki na Drzewie tłuką w bębny, a my przebieramy z nóżki na nóżkę w oczekiwaniu na start. Różne myśli kłębią się w głowie. „Czy dam radę?”, „Czy jestem wystarczająco przygotowana/y”, a na koniec… „Co Ja tutaj robię” i „przepraszam, gdzie jest wyjście z tej sytuacji”???? Niestety, wyjście będzie dopiero za 80 km.

Start.

Biegniemy. Asfalt. Ciemno. Droga oświetlona sznurem czołówek. Snujemy się po szutrowej drodze, by za chwilę wbiec do lasu. Jest rześko, porywa Nas tłum (bo Rzeźnik, do małej kameralnej imprezy nie należy).

Nogi niosą Nas po błocie, przeskakujemy przez strumyki, powalone drzewa, przedzieramy się przez błotne kałuże i mgłę. Kasia twierdzi, że na zbiegach prawie jak na stoku, tylko nart brak. Czasem ktoś ląduje w błocie. Techniki są różne. Axel, czyli skok przodem, ale nim zawodnik wyląduje (w błocie oczywiście) wykonuje obrót (czy chce czy nie).  Jeśli zawodnik wykona 2,5 obrotu wtedy zaliczamy mu podwójny Axel. Inna równie ciekawa technika to Toeloop , czyli jedziesz tyłem na prawej nodze i zewnętrznej krawędzi buta, wbijasz go w podłoże, a na koniec wykonujesz skok i zazwyczaj masz miękkie lądowanie. Niektórzy śmiałkowie wykorzystują techniki narciarskie. Jedni suną „na Małysza”, z nadzieją, że ta skocznia kiedyś musi się skończyć. Ci z kijkami, mkną slalomem zostawiając za sobą brunatną breję, która ochlapując twarze tych z tyłu. Najmniej doświadczeni chwytają się gałęzi i ze strachem w oczach myślą „To Ja sobie tutaj tak cichutko i ostrożnie boczkiem zejdę”.

Byle do pierwszego punktu. A ten znajduje się na Żebraku. I nazwa bardzo adekwatna, bo… na punkcie tylko woda i izotonik. Nie ma się co zatrzymywać, jedzenia nie ma, ale jest motywacja, by biec dalej… na następnym punkcie powinno być coś dobrego!

Fot.. Piotr Dymus Photography

Mgła, błoto, coś siąpi z nieba. Byle do kolejnego punku. Żartujemy, rozmawiamy, biegniemy.

Kolejna stacja: Cisna. Przepak. Jabłka i pomarańcze. Nie ma jedzenia. Woda, cola, izotonik. Po ponad 30-stu km NIE MA JEDZENIA. Jedni zmieniają ubranie, inni odbierają przez siatkę rakietę (czyt. paczka żywnościowa przysyłana więźniowi z zewnątrz).

Biegniemy w stronę strumyka, przez kładkę… i na tym bieganie się kończy, bo na autostradzie zwanej Rzeźnik powstaje korek. Podejście, błoto, liny. Ktoś utknął i żartujemy w kolejce. Nawiązują się nowe znajomości (zupełnie jak w kolejkach za czasów PRL-u, kiedy do spożywczaka cukier, czy inne delicje rzucili). Nadchodzi nasza kolej. Wspinamy się, ślizgamy po błocie, znów czując się jak Katarina Witt, ale staramy się nie wykręcać piruetów.

Kolejny odcinek to dystans ponad 16 km. Tam w Smereku podobno czeka zupa i inne smakołyki. I ta wizja ciepłej zupy pcha Nas do przodu. Ale najpierw jest moooocno pod górę. Lepiej nie patrzeć przed siebie, wspinamy się i wspinamy. Czas dłuży się jak odcinki „Mody na sukces”. Rozmawiamy o zupie, o tym ile km do kolejnego punktu, ile mamy zapasu czasowego, wspieramy nawzajem w naszej niedoli, na którą sami się zdecydowaliśmy. I tym oto sposobem droga szutrową, witani przez kibiców pokonujemy 49-ty km i trafiamy do Smereka. Zupa! Jest ZUPA! I ryż z bananem, i bułki ze smalcem, wędliną, masłem orzechowym. Jesteśmy głodni, bo ile można przetrwać na żelkach i batonach popijanych wodą. Wreszcie możemy się najeść za 250 zł od osoby.

Kolejny punkt to Roztoki i dystans 17 km. I znów mocno pod górę. Biegniemy. Przez las, przez łąki, polany. Zza chmur wyłania się słońce, a lekka mgła kierowana podmuchami wiatru unosi się ponad niskimi krzewinkami. Jest ładnie.

Po szczytach znów zbiegi, po błocie, niekiedy bardzo stromo i niebezpiecznie.

Skok przez rów, brawa, kibice, prosto asfaltem, i jesteśmy w Roztokach.

Do końca zostało 14 km. Wszyscy jedziemy, a raczej biegniemy na oparach. Biegniemy i idziemy, idziemy i biegniemy, rozmawiamy o biegach, staramy się nie myśleć o bólu.

Pięć km przed metą strumyk, a na nim skrzynki, które rzekomo miały ułatwić nam przejście. Niektórzy wchodzą do strumyka, bo już wszystko jedno, bo można oczyścić buty z błota, bo można ochłodzić zbolałe stopy.

Na koniec organizatorzy fundują nam piękne, ponad kilometrowe podejście, czyli never-ending kurde GÓRKA! Oj ile ta górka nasłuchała się słów niecenzuralnych. Drepczemy. Krok za krokiem, stopa za stopą. „Nie patrzcie przed Siebie, nie patrzcie przed Siebie”…. Patrzymy. Przeklinamy. Ktoś mówi, że nie daleko, że zaraz będzie płasko. I znów stopa za stopą, byle do końca. Byle do mety. Z górki, po błocie. W powietrzu czuje się ogólny zryw do walki na ostatnich kilometrach, wszyscy jakby nagle dostali energii z kosmosu. W oddali słychać krzyki kibiców, to tam jest meta! Ale hola, hola… jeszcze na koniec wisienka na torcie! Wspinaczka po linach! Tak, tak, tych samych, na których wcześniej zrobiła się kolejka. Przy linach błoto tak wyjeżdżone, ze nie da się iść przy nich. Idę niżej, albo się stoczę, albo nie. Ktoś podaje mi rękę, ktoś przytrzymuje, kiedy zjeżdżałam po błocie. Już nie pamiętam. Przebiegam przez mostek drewniany, każą mi biec wzdłuż taśm żółtych. Za zakrętem jest meta, na która wpadamy po 80-ciu km biegu. Dostajemy medale. Dotrwaliśmy do końca. Jedni szybciej, inni wolniej, a jeszcze inni bez pary, ale dotrwaliśmy.

Na mecie łzy bólu, radości… i zupa.

Możemy pochwalić się sukcesem Moniki, która w kategorii par mieszanych razem ze swoim partnerem biegowym zajęła …. uwaga … DRUGIE MIEJSCE. Walczyli do ostatniego kilometra, bo kiedy „stało się jasne, że nikt tanio skóry nie sprzeda – zaryzykowaliśmy i postawiliśmy wszystko na jedną kartę pędząc po śliskim zboczu doganiając jeszcze jedną parę mocno zdziwioną naszym pędem”. Cieszymy się strasznie, że w naszych szeregach rośnie nowa Gwiazda Ultra!!!

I tak, jedni okryli się chwałą , inni pławią się w lajkach na facebooku, jeszcze inni po samotnym biegu i dotarciu na metę okryli się… medalem.

Ci, którzy nie biegli mocno wspierali i kibicowali, śledząc nasze wyniki online. Dzięki Nim czuliśmy DZIKĄ MOC!

Bieg Rzeźnika „to nie nie była bułka z masłem”, podsumowała Kasia, który w biegu brała udział po raz trzeci.

Dla każdego z Nas była to lekcja pokory, sprawdzenia siebie, podczas którego  podejmujesz walkę z każdym kolejnym kilometrem.

Biegliśmy w parach i każdy z Nas przekonał się, że dobry kompan jest jak butelka wódki w plecaku, czasami może nam ciążyć, ale koniec końców cieszymy się, że jednak z nami jest.

Tydzień później Paweł spróbował swoich sił na Rzeźniczku. Pogoda dopisała, choć błota nie zabrakło i nadal zdrapujemy je z naszych nóg.

Jakie są nasze ogólne odczucia do festiwali Rzeźnika?

Oto przemyślenia Pawła:

„Z jednej strony fajna atmosfera w Cisnej – wielu biegaczy i ludzi związanych z bieganiem, że wreszcie czujesz się jak ryba w wodzie – a nie jak freak wśród normalnych ludzi goniących za pieniędzmi, karierą i innymi „ważnymi rzeczami w życiu”. Ale z drugiej strony po chwili trochę takie jakby uczucie przepełnienia – tego jest po prostu za dużo. Efekt skali ciut przytłacza i w tej masie coś umyka – może trochę pojedynczy człowiek-biegacz, może trochę ta pierwotna idea organizowania zawodów dla garstki „wybranych”, może za trochę mniejsze pieniądze bez przebijającej się tu i tam coraz mocniej opcji komercyjnej. Być może wiele zależy od indywidualnego nastawienia. Jeśli chce się ścigać – to można się ścigać. Jeśli chce się miło spędzić czas w górach – to można go miło spędzić w górach. Jeśli chce się pobyć w gronie zakręconych ludzi, którzy mają pstro w głowie – to też istnieje taka możliwość.

Kamila natomiast jest rozczarowana brakiem jedzenia na trasie. Co Nas wcale nie dziwi, bo nie od dziś wiadomo, że dziewczyna nie ma czasu na gotowanie niedzielnych obiadków, dlatego biega za nimi po świecie.
Kasia czuła się na błocie niczym narciarz, ale o nartach zapomniała. I choć miała apetyt na Hardcora, jednak błoto ostudziło Jej zapał i postanowiła biec na luzie.
Zmęczeni, ubłoceni wróciliśmy do domów, zastanawiając się… co by tu jeszcze zryć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *